Dziś dla odmiany nie będzie zdjęć żadnych moich wytworów, bo siedzę u rodziców i nie mam dostępu do moich papierków. Chciałam się za to podzielić swoim pociągowym odkryciem.
Otóż nabyłam drogą kupna w sklepie z tanią książką
"Maskotkę" Alexa Kurzem, którą chciałam przeczytać już dawno temu, ale jakoś nie było okazji. Za to wzięłam ją ze sobą na podróż do domu. Ponad 400 stron to akurat na prawie ośmiogodzinną drogę pociągiem. Wiedziałam, że książka mnie wciągnie, bo II Wojna Światowa to bardzo "moja" tematyka, ale nie sądziłam, że znajdę w niej ślad mojej rodziny. Chociaż to akurat bardzo szumnie powiedziane, bo rodzina nawet nie została wspomniana, ale gdzieś w drugiej połowie książki, okazało się, że miejsce, nazywane w niej "obozem S", było rodzinnym miastem mojej babci, a spora część wydarzeń w książce wspomnianych miała miejsce w jego najbliższych okolicach. Przyznam szczerze, że do tej pory jestem pod wrażeniem swojego odkrycia. Wiem, że dla osób niezainteresowanych jest ono mało znaczące, ale dla mnie jest naprawdę ogromne.
Ciekawi mnie też fakt, że tej historii babcia mi nigdy nie opowiadała, a postać małego chłopca
w nazistowskim mundurze wydaje się bardzo charakterystyczna. Nie mówiła też nigdy, żeby stacjonował tam łotewski oddział SS, ani o tym, że niedaleko rozegrała się niejedna tragedia. Może było ich tyle, że kolejne nie wydawała się aż tak znaczące, a może po prostu byłam za mała, na takie historie? Nie wiem. Nie chcę oczywiście poddawać w wątpliwość wydarzeń opisanych w książce, ale żałuję, że została napisana tak późno i już nigdy nie będę miała okazji babci o to zapytać. I tak już bardzo mi jej brakuje...